Skończyły się Fakultety z Wolności

Skończyły się Fakultety z Wolności

Siedem tygodni trwały spotkania osób młodych z wybitnymi historykami i świadkami życia księdza Jerzego Popiełuszki. W Fakultetach z Wolności brało udział około 40 osób, z których część przygotowała prace literackie dotyczące księdza Jerzego, większość zaś zadeklarowała chęć kontynuacji spotkań.

W projekcie wzięli udział historycy, między innym: profesor Jan Żaryn, redaktor Ewa Czaczkowska, czy dr. Paweł Skibiński. Wśród świadków znaleźli się między innymi: Grażyna Siemion – bratanica księdza Jerzego, hutnicy Jacek Lipiński i Karol Szadurski, dyrektor Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki – Katarzyna Soborak, czy ksiądz Wasiński, przyjaciel kursowy księdza Jerzego z seminarium.

Projekt był współfinansowany ze środków Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Patronami medialnymi projektu byli: Warszawski Gość Niedzielny, Radio Warszawa, czy TVP3 Warszawa.

Poniżej prezentujemy prace literackie, stworzone przez uczestników projektu:

 

Agata Starownik

Komunizm jak rzymski cesarz

O (nie)zdjęciu różańca

            W opowieściach o pobycie w wojsku księdza – wówczas kleryka – Jerzego Popiełuszki okres ten przedstawia się jako przygotowanie do późniejszych prześladowań i męczeńskiej śmierci. Jako symboliczne zdarzenie wskazuje się odmowę zdjęcia różańca przez młodego żołnierza, który za niewykonanie rozkazu został dotkliwie ukarany.

            Kto czytał żywoty świętych, bez większego trudu skojarzy to zdarzenie z opowieściami o pierwszych chrześcijanach, który umierali w mękach za odmowę zapalenia kadzidła przed posągami rzymskich bóstw. Ponieważ do bóstw tych zaliczał się cesarz, wyznawcy Chrystusa, nieuznający boskości Domicjana czy Dioklecjana, stawali się wrogami państwa. Zupełnie jak kleryk w PRL-u. Nic nowego pod słońcem, jak widać.

            Czy jednak analogia między epokami nie jest skojarzeniem zbyt prostym? Aby to sprawdzić, najlepiej sięgnąć do źródła, czyli do relacji zainteresowanego. „Zaczęło się od tego, że dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem. / Odmówiłem (…). Gdybym zdjął, wyglądałoby to na ustępstwo. Sam fakt zdjęcia to niby nic takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej”.

            Dowódca – przedstawiciel władzy przeciwnej chrześcijaństwu – każe żołnierzowi odrzucić symbol jego wiary. Każe mu to zrobić publicznie, chce więc nie tylko sprawdzić jego lojalność, lecz także nadać sytuacji wymiar symboliczny: to świadectwo dla innych. Kleryk Popiełuszko musi przed zgromadzeniem określić swój stosunek do…

            Właśnie: do czego? Do wiary w Jezusa Chrystusa? A może tylko do noszenia różańca? Czy warto drażnić zwierzchnika, narażać się i tracić cenne siły na spory o szczegóły? Może to lekkomyślność? Czy nie lepiej dawać świadectwa czynami miłości, bez której noszenie na palcu jakiegoś znaku jest puste?

            Szeregowy Popiełuszko tak nie sądzi. Chce nie przetrwać, tylko żyć. A żyje się z honorem, w wierności temu, co uważa się za dobre i piękne. Kleryk wyczuwa intencję przełożonego, który atakuje nie różaniec, ale wszystko, co z tym różańcem się wiąże: chrześcijaństwo, jego wartości, wolność religii, polską tradycję. Dlatego Popiełuszko nie chce ustąpić. Co więcej, nie czuje się odpowiedzialny wyłącznie za siebie, gdyż reprezentuje przed dowódcą zbiorowość – swych kolegów. Podejmuje decyzję w imieniu swoim, ale też innych.

            Niesubordynacja szeregowego wydaje się typowym wzniosłym gestem, takim, na jakie trzeba zdobywać się w czasach prześladowań. Młody żołnierz daleki jest jednak od patosu. Zachowuje czujność, ma dystans do siebie i sytuacji. Rozważa alternatywne rozwiązanie, które może okazać się nie konformizmem, ale aktem rozsądku i ostrożności.

            Ostatecznie jednak uznaje, że warto sprzeciwić się złu. Okazuje się, że postąpił słusznie również w wymiarze praktycznym, gdyż różaniec „był tylko pretekstem” do znęcania się nad opornym szeregowym za tzw. całokształt. Przyszły ksiądz nie mógł uniknąć prześladowania, ale uniknął przynajmniej pójścia na kompromis.

            Ukarany kleryk stwierdza: „Boże, jak lekko się cierpi, gdy ma się świadomość, że się cierpi dla Chrystusa”. Tak jak bohaterowie dawnych legend, wybiera rozwiązanie radykalne i mężnie znosi prześladowanie, którego dotkliwość łagodzi świadomością, że ponosi ofiarę dla Boga. Zarazem jednak szeregowy Popiełuszko ma wrażliwość człowieka współczesnego, który ostrożnie szafuje cierpieniem, stara się myśleć krytycznie, ma wątpliwości. Świadczą one nie o słabości ducha, ale o wyczuciu sytuacji i etycznym maksymalizmie – pragnieniu wyboru największego dobra.

Źródło: Zapiski. Listy i wywiady ks. Jerzego Popiełuszki. 1967–1984, opr. G. Bartoszewski OFMCap., Warszawa 2009, s. 21-23.

 

 

Magdalena Cegiełka

Księże Jerzy,

pierwszy raz usłyszałam o Tobie, kiedy byłam dzieckiem. Jak przez mgłę przypominam sobie jesienny wieczór, podczas którego wraz z rodzicami i rodzeństwem oglądaliśmy program o Tobie. Niewiele potrafię opisać. W pamięci utkwiły mi tylko silne emocje jakie temu towarzyszyły. Dla małego dziecka kilka brutalnych obrazów, proste tłumaczenie mamy, że to źli ludzie zabili dobrego księdza, to wystarczyło, żeby poruszyć wrażliwe serce. Pamiętam jeszcze skrywane łzy na poduszce, kiedy przed snem rozmyślałam o Twojej historii.

Od tamtego spotkania, przez dłuższy czas nie pamiętałam o Tobie. Czasem, kiedy usłyszałam Twoje imię, czy zobaczyłam portret z aureolą, myślałam sobie – to ten biedny, dobry ksiądz… Wspomnienie o Tobie wywoływało we mnie pewne uczucie żalu, współczucia, litości. Ofiara zła, przemocy, nienawiści. Dobrze, że Pan Bóg docenia to co małe, odrzucone, On przynosi sprawiedliwość. Twoją świętość powierzchownie oceniałam jako wynagrodzenie za poniesioną mękę.

Kim naprawdę byłeś, kim jesteś… – odkryłam niedawno. Pomogły mi wspomnienia Twoich przyjaciół, ludzi, którzy byli blisko, żyli w tej samej rzeczywistości, doświadczali podobnych trudności. Zrozumiałam kim jesteś słysząc o łzie na Twoim policzku. Wtedy, gdy żegnali Cię najbliżsi. Czy była ona matki, przyjaciela, a może jednak Twoja? Nieważne. Ta łza uświadomiła mi, co świadczyło o Twojej wielkości. Błogosławiony, nie przez męczeństwo, nie przez wielkie zasługi dla ojczyzny, błogosławiony dlatego, że zostawiłeś tę łzę na policzku. Dlatego, że Twoje życie wniosło miłość w serca tak wielu, dlatego, że rozdając dobro, nie pozwoliłeś, żeby nienawiść je zastąpiła.

Ujęło mnie to, w jaki sposób budowałeś relacje z ludźmi. Troszczyłeś się o ich prawdziwe szczęście, które mogli zdobyć poznając prawdę o sobie i doświadczanych wydarzeniach. Chciałeś pokazać im inne prawo niż to kształtowane przez ówczesną władzę. Pragnąłeś, żeby dostrzegali równice między dobrem a złem i wybierając to pierwsze mogli korzystać z największych darów jakie otrzymali, godności i wolności.

Ktoś mi ostatnio powiedział, że to nie my wybieramy świętych, ale oni wybierają nas. Cieszę się, że mnie znalazłeś. Trochę to zaskakujące, ale mimo krótkiej znajomości szybko stałeś się taki bliski. Jakby idealny patron mojego życia. Chciałabym, żeby ta znajomość to była przyjaźń na długie lata. Myślę, że masz mi dużo więcej do przekazania.

Do zobaczenia w codzienności

M

Inna Meshkorez

Kochany księże Jerzy!

Dziękuję Ci za możliwość uczestniczenia w FAKULTETACH Z WOLNOŚCI. Szczerze mówiąc, przed tymi spotkaniami nie sądziłam, że dowiem się czegoś nowego. Tak dużo już zostało napisane, tak wiele przeczytałam o Tobie. Okazało się, że jeszcze więcej jest tego niedopowiedzianego. Zupełnie inaczej jest słuchać o świadectwie Twojego życia z ust osoby, która Cię spotkała i była obok, niż czytać o tym na kartkach nawet najlepszej biografii. Jeszcze jedną niespodzianką było dla mnie poznanie nowych osób z Twojego najbliższego otoczenia, tych o których czytałam i tych, o których słyszałam po raz pierwszy.

Mam napisać o Tobie tekst na podsumowanie tychże spotkań. Dlatego wybrałam formę listu lub raczej modlitewnej rozmowy z Tobą, który na co dzień jesteś tak blisko.

Nie wiem od czego zacząć, mam przecież tyle pytań bez odpowiedzi. Kiedy wreszcie będę mogła ich zadać?

Wiesz, na fakultetach Pani mówiąca o gatunkach literackich i formach do napisania, poradziła znaleźć jedną rzecz czy jedno wydarzenie, które jest nam bliskie w Twoim życiu. Trudne zadanie. Gdyż całe Twoje życie jest mi bliższe od mojego. Jak kiedyś powiedziała pani Maria, ta od Muzeum: „Jego życiorys znam lepiej od własnego”. Też tak czuję.

Ale jeśli mam coś wybrać, to przychodzą na myśl dwie rzeczy, Twoje rzeczy, które zawsze mi się podobały.

Pierwszą jest szalik, który często nosiłeś. Nawet jest zdjęcie, na którym stoisz przy drzwiach plebanii w tym szaliku i gdzieś obok kot. Ten szalik, jak słyszałam od świadków, często nosiłeś. Byłeś słabego zdrowia i często miałeś chrypkę i ten szalik pewnie Cię ogrzewał. Leży teraz w Muzeum za szkłem, taki samotny. Wiesz, tak bardzo jest mi bliski ten szalik, że próbowałam odszukać w sklepach „bliźniaka”, lecz aż dotąd nie udało mi się to. Kupiłam podobny w czarno-szaro-białe paski, a Twój jest w takie małe kwadraciki. Jest męski, ale nosiłam go długo, bo przypominał o Tobie. Oddałam go później bratu. Jednej rzeczy nie udało mi się ustalić: a mianowicie od kiedy i skąd masz ten szalik. Ale jestem uparta, nie martw się, dojdę do tego. Chyba, że oszczędzisz mi czasu i sam powiesz 😉.

Jest jeszcze jedna rzecz, która budzi we mnie głęboką zadumę – Twoja bransoletka z napisem „Bóg. Honor. Ojczyzna”, którą nosiłeś na prawej ręce. Pytałam Twojego bratanka pana Marka o nią. Podobno została zrobiona przez jakiegoś artystę na zamówienie i tylko w kilku egzemplarzach. Jedna była dla Ciebie, druga dla pana Józefa Popiełuszki. Zastanawiałam się nad tym gdzie jest teraz Twoja. Mówią, że zaginęła przy porwaniu. Nie znaleziono jej w rzeczach osobistych. Może leży na dnie Wisły? Czy gdzie indziej?

Zastanawia mnie tajemnica naszej przyjaźni. Dlaczego jesteś mi tak bliski? Patrząc po ludzku nie mamy zbyt wiele wspólnego, ani wspólnego zainteresowania, ani lat życia, ani nawet kraju pochodzenia.

Kochałeś ludzi, nie mogłeś przejść obojętnie obok potrzebującego. Zawsze wspierałeś tych, którzy przychodzili sami i tych, o których wiedziałeś, że znajdują się w potrzebie. Czasem było to wsparcie materialne, ale częściej zwyczajna obecność, dobre słowo. Płakałeś z tymi, którzy płaczą, śmiałeś się z tymi, którzy się śmieją. Byłeś cały dla innych ludzi, nie miałeś własnego czasu, nie robiłeś nic dla siebie. Sama Twoja obecność i to jakim byłeś zbliżała ludzi do Boga, do sakramentów i Kościoła. Po latach przyjmowali z Twoim kapłańskich rąk sakramenty i wracali na łono Kościoła. Byłeś dla tych osób darem od Boga, w tych trudnych czasach.  

Ja taka nie jestem. Trudno mi jest kochać ludzi, już nie mówiąc o lubieniu ich. Często myślę wyłącznie o sobie i o swoim dobru, nie o innych.

Potrafiłeś mężnie bronić swej wiary w obliczu prześladowań i trudności. W wojsku nie dałeś zdjąć różańca  z palca i medalika. Po Mszach Świętych za Ojczyznę doznawałeś wielkiego ucisku ze strony władzy i SB. Byłeś podsłuchiwany, zastraszany, śledzili Cię nie dając przejścia, wzywali na przesłuchiwania. A to wszystko przez to, że dawałeś ludziom nadzieję. Przekonywałeś, że Bóg jest z nimi, i da siłę do wytrwania. Uczyłeś modlić się za prześladowców. Broniłeś się przed nienawiścią.

Kiedy przychodzi jakaś trudna sytuacja czy wyśmiewają moją wiarę, często milczę. Brakuje mi Twojej odwagi i wiary.

A jednak tak dużo nas łączy. Opiekujesz się mną i doprowadziłeś aż dotąd. Pozwalasz być, służyć Tobie w miejscu gdzie posługiwałeś przez ostatnie 4 lata życia. Wydawało się oczom głupich, że umarłeś, przegrałeś, a Ty żyjesz i Twoja misja wciąż trwa. Kontynuują ją osoby, których wybierasz w sposób tylko Bogu i Tobie znany.   

Dzielą nas lata, których zabrakło. Urodziłam się 9 lat po Twojej męczeńskiej śmierci. Nie miałam szansy na to, by Cię poznać za życia. Lecz wiesz, kiedy przychodzę na warszawski Żoliborz, na ul. Hozjusza 2, przekraczam bramę i klękam przy grobie – wiem, że się znamy, że się bardzo dobrze znamy. I kiedy myślę o tej ogromnej łaski poznania i przyjaźni z Tobą – płaczę. A nie robię tego często…

                    

 

 

Marta Zasońska

Błogosławiony Książę Jerzy!

Jest taka pieśń, napisana na Twoją cześć, w której pada pytanie „Gdzie Cię szukać Księże Jerzy, gdzieś się skrył?” Ja dziś zadaje sobie pytanie – kim jesteś księże Jerzy? O kim dziś słucham? Czego mam się od Ciebie uczyć?

Spotykam Twoich przyjaciół, znajomych, rodzinę, od których mam się czegoś nauczyć o Tobie. Ale długo nie wiedziałam, czego? Ot kolejny święty, w dodatku męczennik będący gdzieś daleko tam w niebie. Jednak dziś już wiem, że spotykam się z nimi by poznać człowieka. Czyjegoś wujka, powiernika, pacjenta, przyjaciela. Kogoś, kto miał słabości, wady, a jednak dziś czcimy Cię księże Jerzy, jako błogosławionego.

Przychodzę tu, żeby zobaczyć, że wiara nie jest tylko „moją prywatną sprawą”, tylko „moim sumieniem”, nie jest zamknięta w czterech ścianach sypialni, bo w kuchni czy salonie
z głośnym telewizorem to trochę ciężko Boga szukać. Krzewienie wiary nie jest rolą zarezerwowaną tylko dla księży. Właśnie Ty księże Jerzy to pokazujesz, wchodzisz w moje życie nieśmiało, ale stanowczo i mówisz: „Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlic się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.”

To nie jest łatwe. I ilekroć klękam w ławce w Żoliborskim Sanktuarium i widzę Twój wizerunek Błogosławionego, wiem że tego właśnie oczekujesz ode mnie – że mam wymagać od siebie. To nie jest wzrok smutny czy zatroskany, to spojrzenie jest wymagające. Mam wrażenie, że znasz mnie bardzo dobrze, lepiej niż ja znam sama siebie… i wymagasz. I nie ma w tym przereklamowanego: „jak nie ty to, kto”, „dasz radę”, „stać cię na to”. To jest inna motywacja, taka ewangeliczna. Przypominają mi się wtedy słowa Jezusa, kiedy Mówił w kazaniu na górze: Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują (…) jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? [1] To właśnie jest ten wzrok, który wymaga ode mnie więcej.
I zagłębiając się w siebie, odnoszę wrażenie, że moja wiara nie jest gorąca, jest letnia. Nie takiej oczekuje Bóg., i Ty księże Jerzy mi o tym przypominasz.

A pamięta ksiądz, dlaczego się poznaliśmy? Bo pojawił się ksiądz w momencie, kiedy Go najbardziej potrzebowałam. Przyszedł ksiądz w książeczce „Dobrego dnia z ks. Jerzym Popiełuszką” podarowaną przez zaprzyjaźnioną siostrę zakonną. To był czas załamania w pracy. Czas poniżenia, wyzysku, i wtedy księże Twoje słowa: „Praca(…) ma służyć człowiekowi, ma człowieka uszlachetniać. Stąd człowiek nie może być niewolnikiem pracy i w człowieku nie wolno widzieć tylko wartości ekonomicznych.”. Wtedy też zwróciłam uwagę na Twoje słowa o godności człowieka. Gdyby nie Twoje orędownictwo, nie wiem jakbym sobie wtedy poradziła. Dziś już jestem w innym miejscu. Dzięki Twojej pomocy.

Pamiętam wspomnienie pana Adama Nowosad, który na antenie radia wspominał, że kiedy Cię po raz pierwszy spotkał, Ty księże czekałeś na schodach plebanii i zapytałeś „czy panowie do mnie?”. Odnoszę wrażenie, że do dziś jesteś i czekasz na mnie, na każdego, bo potrzebujemy Twojej pomocy i wsparcia. I przychodziłam tylko na chwilę, a jestem tu z Toba już 4 lata.
I owszem jest czas, kiedy nie wiem, w co ręce włożyć, ale w planie tygodnia jest zawsze chwila by w sobotę być tu w muzeum a we wtorek być na fakultetach.

Prowadzący fakultety zadał pytanie „dlaczego ksiądz Jerzy?” tak naprawdę nie wiem. Może, dlatego ze Ty księże Jerzy mnie wybrałeś, pomogłeś kiedy najbardziej tego potrzebowałam i tak jak ludzie znający Cię osobiście, przyszłam, bo słyszałam o takim księdzu z Żoliborza i już zostałam. Dziękuję Ci księże Jerzy za Twoją obecność i słowa, które mimo, że wypowiedziane ponad 30 lat temu jest nadal aktualne.

Byłeś słynnym księdzem na Żoliborzu, mam nadzieję, że dla wielu będziesz Wielkim świętym
z Żoliborza, czego Tobie i sobie serdecznie życzę.

Marta

[1] Mt 5, 43-44, 47-48